'); document.write('<\/script>');
Visit Citebite Deep link provided by Citebite
Close this shade
Source:  http://wyborcza.pl/1,75475,7226314,Balcerowicz__uwolnic_kulture.html
');
http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Gazeta.pl > Gazeta Wyborcza >  Kultura >  Kultura

A A A Poleć znajomemu     Wydrukuj     Podyskutuj na forum Gazeta Wyborcza - Kultura RSS

Balcerowicz: uwolnić kulturę

Rozmawiał Roman Pawłowski
2009-11-06, ostatnia aktualizacja 2009-11-05 18:21

Rozmowa z prof. Leszkiem Balcerowiczem, ekonomistą, b. wicepremierem, ministrem finansów i prezesem NPB

Roman Pawłowski: Czy ekonomiści są wrogami artystów?

Prof. Leszek Balcerowicz: Nie widzę tu głębokiego antagonizmu, tylko niektórym uczestnikom debaty brakuje kultury dyskusji. Przyczepiają oponentom etykietki, a to neoliberała, a to, o zgrozo, ekonomisty. I sugerują, że my, ekonomiści, chcemy pokazywać, jak poeci mają pisać wiersze. A to nieprawda. Ekonomiści wypowiadają się na temat sposobu zorganizowania, funkcjonowania i działania instytucji.

Jednak na Kongresie Kultury doszło do konfliktu między twórcami a ekonomistami - Jerzym Hausnerem i panem. Wywołało go pańskie wystąpienie, w którym zarzucił pan ludziom kultury, że mają mentalność sowieckiego działacza.

- Powiedziałem, że po poprzednim ustroju odziedziczyliśmy przekonanie, że jeśli państwo czegoś nie zrobi, to nikt tego nie zrobi. Nazwałem to mentalnością radzieckiego działacza. Nie adresowałem tego do uczestników kongresu, starałem się zwrócić do nich jako do elity intelektualnej, żeby pomogła powalczyć z tym dziedzictwem. Tego apelu nikt w mojej obecności nie podjął, przeciwnie - pojawiło się parę polemik, tylko do dziś dnia nie wiem, z jaką moją tezą.

Mówił pan: "Dopóki obecne jednostki publiczne pozostaną publiczne, to znaczy skrajnie uzależnione pod względem regulacyjnym i finansowym od aparatu polityczno-biurokratycznego, dopóty będą pojawiały się powszechnie potępiane słabości, patologie i dysfunkcje". Dlaczego finansowanie kultury z budżetu państwa jest złe?

- Nie twierdzę, że państwo ma ciąć wydatki na kulturę do zera. Odniosłem się tylko do poglądu, że albo państwo będzie finansowało kulturę, albo jej w ogóle nie będzie. To jest pokłosie dawnego myślenia. Kiedy słyszę ludzi, którzy deklarują wiarę w społeczeństwo obywatelskie oraz w wolność jednostki, a zarazem powtarzają, że tylko państwo, państwo, państwo, to coś mi tu się nie zgadza.

W czym się przejawia patologia instytucji zależnych od państwa?

- W klientyzmie, etatyzmie i rozrzutności, a także - często - silnej roli związków zawodowych. Normą jest wydawanie przydzielonego budżetu do ostatniej złotówki. Gdyby instytucja coś zaoszczędziła, utrudniłoby to walkę o budżet w następnym roku. Dużo energii koncentruje się na zabiegach, aby więcej pieniędzy zdobyć od państwa. Uzależnia to instytucje publiczne od polityków i urzędników.

Zgodzi się pan jednak, że są dziedziny, które bez mecenatu państwowego nie mogą się rozwijać: opera, teatr, muzyka poważna, eksperyment artystyczny. Rynek nie wyręczy tu państwa, bo wysoka kultura się nie sprzedaje.

- Zgodzę się, że są takie dziedziny, a może raczej - są takie dzieła w niektórych dziedzinach. Czy to znaczy, że każdy twórca ma być urzędnikiem państwowym? Że mamy zadekretować odsetek PKB przeznaczony na kulturę? Dlaczego lobbing u polityków i urzędników ma być moralnie lepszy niż zabieganie o pieniądze osób prywatnych - odbiorców czy sponsorów?

Nie chcę powiedzieć, że akurat w budżecie kultury trzeba szukać największych oszczędności. Trzeba ich szukać w ogromnych i demobilizujących ludzi wydatkach socjalnych. Jednak głównym miernikiem wartości dzieła kultury nie może być to, że ludzie nie chcą za nie zapłacić. Są dzieła wielkie, które trafiły do mas, choćby "Ziemia obiecana" Andrzeja Wajdy.

Na spektakle Grotowskiego na początku jego działalności chodziła garstka widzów, a przecież był to jeden z najważniejszych teatrów XX wieku. Patrzenie na dobra kultury jako na produkty ogranicza ich rolę.

- Czy nazwiemy spektakl bądź utwór muzyczny produktem, wytworem, czy dziełem - nie uciekniemy od żelaznych praw ekonomii. Musimy wybierać, na co przeznaczyć środki i według jakich zasad. Nie możemy udawać, że żyjemy w komunizmie, gdzie zasoby - wedle marksowskiej utopii - są nieograniczone.

Nie możemy też udawać, że żyjemy w USA, gdzie finansowanie kultury opiera się na prywatnych sponsorach. Zna pan polskiego przedsiębiorcę, którego stać byłoby na zbudowanie sali koncertowej podobnej do tej, jaką ufundował Andrew Carnegie w Nowym Jorku, czy galerii sztuki, jaką zbudował Andrew Mellon w Waszyngtonie?

- No to zaczynajmy w Polsce od skromniejszych projektów i wzmacniajmy nasz kapitalizm, aby mógł on później finansować większe. A pieniądze mogą pochodzić z wielu źródeł. Jeżeli w Polsce udało się rozwinąć społeczeństwo obywatelskie, nie widzę powodu, aby nie zadziałało także w kulturze, zresztą to się już dzieje. Nie każdy jest Carnegiem, ale wiele osób może ufundować ławkę, jeżeli znajdzie się na niej ich nazwisko.

Czy jednak oparcie się na prywatnych sponsorach nie ogranicza wolności twórczej? Wielkie koncerny unikają jak ognia sztuki krytycznej, czego przykładem było ocenzurowanie w Poznaniu instalacji, której tematem były związki koncernu Volkswagen z nazizmem.

- Naciski na twórców wywierają również dysponenci polityczno-urzędniczy.

Tylko że polityków możemy kontrolować. Ekipa, która chciała usunąć Gombrowicza z list lektur, w 2007 r. została zwolniona. Koncernu nie da się zmienić na drodze głosowania.

- Dopóki rządzi jedna ekipa polityczna, nie ma dla niej alternatywy. A na rynku nie ma jednego przedsiębiorcy, jest ich wielu. Ale jeśli już na początku powiemy sobie, że prywatni przedsiębiorcy nie będą nigdy łożyć na kulturę, to nigdy do tego nie dojdzie.

Źródło: Gazeta Wyborcza

Ocena:

słabe

nic specjalnego

dobre

bardzo dobre

znakomite

4,5

2 głosy