Visit Citebite Deep link provided by Citebite
Close this shade
Source:  http://www.psz.pl/tekst-7126/Pawel-Swiezak-Samuel-Huntington-Prorok-czy-podpalacz/Str-3
REKLAMA
UE_serwis_specjalny
Paweł Świeżak: Samuel Huntington: Prorok czy podpalacz? Drukuj Email
( 3 głosy)




Paweł Świeżak   
12.11.2006.
<<< 1 2 3 4 5 >>>

Co robić, gdy znika jeden biegun?
Próba naukowego zinterpretowania bieżących wydarzeń społecznych i politycznych jest zawsze czymś ryzykownym. Jeden z moich profesorów historii mawiał, odnosząc się do teorii mających ambicje w sposób całościowy wyjaśnić obecny i przewidzieć przyszły porządek rzeczy na politycznej mapie świata, że przecież nigdy nie wiadomo, czy przypadkiem nie żyjemy w epoce, którą kiedyś lakonicznie będzie się określać jako „geneza wojny”; i że wobec tego snucie wszelkich teorii na temat teraźniejszości jest pozbawione większego sensu.

 

REKLAMA
 

Celem pierwszej jest udowodnienie tezy, że na świecie wytworzyła się obecnie unikalna w dziejach sytuacja: jest on jednocześnie wielobiegunowy i wielocywilizacyjny. Huntington rozważa krótko i inne modele (koniec historii, anarchię w stosunkach międzynarodowych, model „dychotomicznego” starcia Północ-Południe), ale odrzuca je jako nie znajdujące pokrycia w rzeczywistości, podczas gdy jego zdaniem ciąg wielu konkretnych wydarzeń z początku lat 90. świadczy o słuszności „paradygmatu cywilizacyjnego”.

Dlaczego jednak ten stan rodzi potencjalne zagrożenia? Huntington reprezentuje szczególne podejście do spraw istoty samej cywilizacji. W jego ujęciu samoidentyfikacja ludzi opiera się na fundamentalnych pytaniach zadawanych sobie przez każdą jednostkę, a przede wszystkim na rozstrzygnięciu kwestii „Kim jestem?”. Otóż Amerykanin twierdzi, że „wiemy, kim jesteśmy, tylko wtedy, kiedy sobie uzmysłowimy, kim nie jesteśmy” (w samym tym założeniu, które definiuje tożsamość w sposób „negatywny”, tkwi moim zdaniem pewna pułapka w myśleniu Huntingtona i ewentualne zarzewie konfliktu). O tożsamości ludzi decydują w ujęciu Huntingtona przede wszystkim tradycyjne wartości, takie jak pochodzenie, religia, język, historia, obyczaje, instytucje społeczne, które są charakterystyczne i odmienne dla każdej z cywilizacji. Kultura, w obrębie której funkcjonuje dane państwo, często decyduje o przyjmowanym w nim kształcie systemu politycznego, o jego sukcesie bądź porażce ekonomicznej.

Jak według Huntingtona zdefiniować samą cywilizację? Jest to przede wszystkim pojęcie kulturowe, nie ściśle polityczne, choć mocno odciskające się na polityce państw narodowych. W swoim dziele Amerykanin określa cywilizację jako zbiór zawierający „wartości, normy, instytucje i sposoby myślenia, do których kolejne pokolenia danej społeczności przywiązują podstawowe znaczenie”. Wspólne dla ludzi z obrębu jednej cywilizacji są więc „krew, język, religia, styl życia”. Zdaniem amerykańskiego politologa, uniwersalne pojęcie „cywilizacji ogólnoludzkiej” jest puste i nieużyteczne, nieprzydatne w analizie i wprowadzające w błąd. De facto Huntington neguje istnienie ogólnoplanetarnej „wspólnoty ludzkiej”. Nie jest tak, że jesteśmy przede wszystkim ludźmi, a dopiero potem Europejczykami, Chińczykami itd. Jest odwrotnie: „Chińczycy, Hindusi i ludzie Zachodu nie należą do żadnej szerszej wspólnoty kulturowej”, pisze Huntington(10).
Samo pojęcie „cywilizacji uniwersalnej” uważa Huntington za wymysł Zachodu, pewną fikcję stworzoną w celu uzasadnienia jego dominacji w polityce światowej, szczególnie zaś w ostatnich dwustu latach. Jest to idea w sposób oczywisty błędna i fałszywa choćby dlatego, że – jak dowodzi Huntington – nie istnieje żaden element spajający ludzkość na poziomie „planetarnym” (za niezbędne minimum uznaje Huntington język i religię; tymczasem obecnie nawet angielski nie jest światowym lingua franca, a o jakiejkolwiek wspólnocie religijnej trudno w ogóle mówić). Amerykanin rozprawia się z kolejnymi argumentami mającymi rzekomo świadczyć na rzecz cywilizacji uniwersalnej: tak więc upadek komunizmu wcale nie oznacza końca autorytarnych form rządów na świecie, a zanikanie granic ekonomicznych w wyniku globalizacji i popularności idei wolnego handlu wcale nie sprzyja wytworzeniu się w różnych społecznościach jakiejkolwiek łączności kulturowej (zdaniem Huntingtona, jest nawet przeciwnie: częstsze międzykulturowe kontakty dosadniej uświadamiają nam naszą naturalną odmienność).

Największą zaś iluzją, jakiej ulega Zachód, jest utożsamianie modernizacji, jaka dokonuje się w krajach „niezachodnich” z procesem ich westernizacji. Te dwa zjawiska należy zdaniem Huntingtona bardzo wyraźnie oddzielić. Teza Huntingtona jest taka: społeczeństwa o „nowoczesnych” kulturach nie muszą być podobne do siebie bardziej, niż społeczeństwa tradycyjne. „Zachód był Zachodem na długo przedtem, zanim stał się nowoczesny”, podkreśla Huntington. O sile Zachodu nie świadczą bowiem bary McDonalds’a w Japonii, Airbusy sprzedawane czy produkowane w Chinach, hollywoodzkie hity kinowe wyświetlane w salach na Bliskim Wschodzie, czy reklamy zachodnich koncernów identyczne w Londynie i w Moskwie: to wszystko są rzeczy „powierzchowne”, stanowiące elementy „nowoczesności”, ale nie wpływające na podstawowe wartości jakimi kierują się społeczeństwa, czy to zachodnie, czy niezachodnie. I tak Zachód jest Zachodem nie ze względu na Nokię i Coca-Colę, tylko z uwagi na wyróżniające go: starożytność klasyczną, katolicyzm i protestantyzm, wspólną indoeuropejską grupę językową, rozdział kościoła od państwa, rządy prawa, pluralizm społeczny, gremia przedstawicielskie, indywidualizm.

Huntington rozważa trzy modele reakcji niezachodnich kultur na modernizację i westernizację. Pierwszy, nieskuteczny, to odrzucenie ich obydwu (przykładem Japonia od połowy XVI wieku do rewolucji Meiji). Drugi to „kemalizm”, czyli „sztuczna” (w sensie „odgórna, podejmowana przez władze”) próba stworzenia nowoczesnego społeczeństwa wyznającego zachodnie wartości. Zdaniem Huntingtona takie działania w dłuższej perspektywie też skazane są na niepowodzenie. Wreszcie, drogą najbardziej racjonalną jest zaakceptowanie nieuchronności modernizacji, ale odrzucenie towarzyszących jej „neokolonialnych” prób westernizacji (można to określić w skrócie formułą: nowoczesna technologia plus rodzima kultura). To właśnie tym tropem podążają obecnie według amerykańskiego politologa niezachodnie cywilizacje.
Huntington wyróżnia następujące kręgi cywilizacyjne: Zachód (plus ewentualnie oddzielny od niego Latynoamerykański), Prawosławie, Islam, Chiny, Japonię, Indie (plus ewentualnie osobny krąg Buddyjski), a najsłabiej wyodrębnionym ośrodkiem jest Afryka.

W części drugiej swojej pracy Huntington analizuje zmieniający się układ cywilizacyjny. Główna jego teza brzmi: pozycja Zachodu relatywnie słabnie, a wyzwanie rzucają mu przede wszystkim kultury Islamu i Chin. Zdaniem politologa Zachód osiągnął szczyt swojej potęgi mniej więcej w latach 20. XX wieku, a od tego czasu jego potęga relatywnie maleje (o czym świadczy kurczenie się terytorium, nad którym Zachód panuje, pogarszająca się proporcja w stosunku do innych cywilizacji jeśli chodzi o liczbę ludności i potencjał ekonomiczny, a wkrótce zapewne również słabnąca pozycja militarna).
Proces „odwrotu Zachodu” a’la Huntington odznacza się trzema cechami: jest powolny (rozłożony w czasie), nielinearny (mogą się więc zdarzać okresy relatywnego wzmacniania cywilizacji zachodniej, co jednak nie zmienia ogólnie negatywnego trendu) oraz dotyczy w różnym stopniu różnych zasobów (np. Zachód stosunkowo szybko stracił swój potencjał terytorialny i przewagę ludnościową, a wolniejszą dynamiką charakteryzują się procesy ekonomiczne).
Konsekwencją utraty „twardych” atrybutów potęgi przez Zachód jest także słabnięcie jego „miękkiej” władzy, co w szczególności wyraża się w obniżeniu jego atrakcyjności kulturowej. To zaś stanowi bodziec-zachętę do „powrotu do korzeni”, czyli do odrodzenia się nieeuropejskich kultur, dotąd nie mogących skutecznie konkurować z Zachodem. Huntington szeroko opisuje w tym miejscu zjawisko nazywane przez niego „rewanżem Boga”, czyli falę nowej religijności, którą można zaobserwować na całym świecie, we wszystkich w zasadzie kulturach (najbardziej doniosłą jego formą jest pisane przez Huntingtona wielkimi literami Odrodzenie Islamu). Korzeni tego procesu według Amerykanina należy doszukiwać się w „rewersie” procesu modernizacji, powodującego u ludzi zjawiska alienacji społecznej; szukając jakichś stałych, „prawdziwych” wartości, na jakich może się oprzeć, zagubiona jednostka często decyduje się na powrót do „wiary przodków”.

Problem polega na tym, że – jak pisze Huntington – „ruchy odrodzenia religijnego są antylaickie, antyuniwersalistyczne, a także, z wyjątkiem chrześcijaństwa, antyzachodnie”. W tych warunkach dwie cywilizacje są szczególnie predestynowane do rzucenia Zachodowi wyzwania. Pierwszą z nich, ze względu na dynamikę swojego przyrostu demograficznego i ożywienie religijne, jest Islam. Huntington podkreśla, że liberalizm w zachodnim tego słowa znaczeniu nie zapuścił korzeni w żadnym państwie muzułmańskim; przeciwnie, religia muzułmańska oferuje konkurencyjny wobec zachodniego, spójny system wartości i nie zanosi się na to, że możliwe są tu jakieś głębsze kompromisy. W połączeniu z rosnącą liczbą wyznawców religii Proroka sprawia to, że w prognozach Huntingtona przynajmniej najbliższe dwie-trzy dekady będą się odznaczały
 
starciem broniącego swojej dominacji Zachodu i znajdującego się w awangardowym okresie „burzy i naporu” Islamu.
Z czego innego wynika natomiast rosnąca „pewność siebie” narodów Azji Wschodniej. W tym przypadku zdaniem Huntingtona kolejność wydarzeń była jakby odwrotna: kluczem do zdania sobie sprawy z własnej wartości były dla Azjatów przede wszystkim spektakularne sukcesy ekonomiczne z drugiej połowy XX wieku. Osiągnięcia te, sądzi politolog, przyczyniły się do uznania znaczenia „azjatyckich”, wspólnotowych wartości, które uważane są powszechnie za źródło postępu gospodarczego. Upraszczając: najpierw przyszło bogactwo, i to „zrehabilitowało” azjatycką tradycję. Ogólny rezultat – znowu upraszczając – jest jednak podobny, jak w przypadku Islamu.



Drukuj Email
 
Powiązane tagi:

Inne:  Zderzenie cywilizacji  
Dodaj swój komentarz do tego artykułu...
"Śmierć kapitana Ambrozińskiego nie pójdzie na marne" - mówił premier Donald Tusk do polskich żołnierzy w Afganistanie. Szef rządu składa niezapowiedzianą wizytę w Ghazni. Z okazji Święta Wojska Polskiego w bazie wojskowej w Ghazni spotkał się ze stacjonującymi tam Polakami.
więcej...
Podczas rozmów w Soczi prezydent  Rosji i kanclerz Niemiec poruszyli kwestie energetyczne, gospodarcze i praw człowieka. Dmitrij Miedwiediew i Angela Merkel potwierdzili także poparcie dla idei budowy Gazociągu Północnego po dnie Morza Bałtyckiego.
więcej...
Bill Clinton powrócił, chociaż tylnymi drzwiami, na scenę amerykańskiej polityki zagranicznej. Problem w tym, że gwiazdą jest teraz Hillary Clinton, która chce być sekretarzem stanu, a nie żoną swojego męża.
więcej...