');
document.write(' - Tak. Ciekawe, bo Kwaśniewski, który to zaproponował, był wtedy pionkiem u nas. Był inteligentny i się dobrze zapowiadał. Jestem pewien, że musiał to wcześniej uzgodnić co najmniej z Rakowskim. Ale byłem zupełnie zaskoczony, więc ogłosiłem przerwę. Zadzwoniłem do Jaruzelskiego, a on się zgodził. łaskawca? organizator Okrągłego Stołu? dający Polsce Wolność?O nie, towarzyszu Kiszczak! Zapamiętamy Cię jako tego, co podnosił broń naswoich obywateli, co tuszuje esbeckie morderstwa i » Czesław Kiszczak: ur. 1925. Gen. broni, szef wywiadu i kontrwywiaduwojskowego, od 1981 r. minister spraw wewnętrznych, członek Biura PolitycznegoKC PZPR. Wierny i oddany sługa Związku »
Deep link provided by Citebite
Close this shade
Source: http://wyborcza.pl/1,75515,6241782,Kiszczak__Na_bagnetach_kiepsko_sie_siedzialo.html
Kiszczak: Na bagnetach kiepsko się siedziało
Generał Czesław Kiszczak o Okrągłym Stole
2009-02-06, ostatnia aktualizacja 2009-02-06 10:32
Chcieliśmy wciągnąć opozycję do współrządzenia i współodpowiedzialności za kraj. Mieliśmy się posunąć trochę na ławce, żeby się nauczyli rządzenia

Fot. Bohdziewicz/REPORTER

Fot. Krzysztof Miller / AG
Maciej Stasiński: Kiedy władza zaczęła myśleć po stanie wojennym, że jednak musi się porozumieć z opozycją?
Czesław Kiszczak: Nie było takiego jednego momentu, jednej rozmowy czy jednej osoby. To był powolny proces. Rozmawiało wąskie grono osób, które miały do siebie całkowite zaufanie. Już na wielkanoc 1982 w ośrodku rządowym w Łańsku rozmawialiśmy: Jaruzelski, Siwicki i ja. Staliśmy w podgrzewanym basenie i przez kilka godzin naradzaliśmy się. Istota była taka, że nie da się ciągle rządzić za pomocą czołgów, nie możemy bez końca stosować i nasilać represji, jak tego od nas chciał beton partyjny i sojusznicy. Na bagnetach kiepsko się siedzi. Stan wojenny musieliśmy wprowadzić, ale myśleliśmy, jak i kiedy go złagodzić i znieść. Nie możemy skazywać tylu ludzi na życie poza życiem publicznym. Tak myśleliśmy. Wisiało nad nami widmo Imre Nagya, Pala Maletera czy Dubczeka i Smrkovskiego wiezionych do Moskwy z workami na głowach.
Zaczęliśmy od gestów. Z kardynałem Macharskim spotkałem się zaraz po wprowadzeniu stanu wojennego. Kościół dostał nieograniczony dostęp do internowanych. Z abp. Dąbrowskim spotykałem się bardzo często, czasem dwa razy dziennie. Jaka to była sensacja w gmachu MSW, kiedy przyjeżdżał i szliśmy do mojego gabinetu. Zwalniałem z internowania, jak tylko mogłem, i tych, których mogłem. Musiałem urabiać opinię swoich. Wiedziałem, że przyjdzie konieczność zwolnienia wszystkich więźniów politycznych, bo z opozycją nie można było rozmawiać, gdy ich koledzy siedzieli w więzieniu. A represje były od początku wpisane w system. Trzeba więc było zlikwidować też groźbę, że za politykę można siedzieć.
Na razie sadzaliście.
- Ale już w marcu 1983 r. wymieniliśmy pisma z Kościołem na temat zwolnienia więźniów. I zaczęliśmy pierwsze rozmowy. Z drugiej strony byli: Olszewski, Chrzanowski, Stomma, ks. Orszulik. Potem zaczęliśmy rozmowy w Chylicach z więźniami, tzw. jedenastką, na temat zaprzestania przez nich działalności, wyjazdu z Polski. Nie udało się, nie wyjechali. Potem zrobiliśmy amnestię i już w 1986 r. więźniowie polityczni byli wolni.
Wtedy też zacząłem sondować, jak porozmawiać z podziemiem, chciałem z Bujakiem, nie chcieliśmy mieć kolejnych więźniów. [Bujak był jednym z głównych ukrywających się przywódców podziemnej Solidarności]. Ale Kościół się nie podjął misji pośrednictwa. Michnik też nie ufał. Zwracało się wtedy do mnie po pomoc wiele osób. Znane osoby: Wajda, Olbrychski, Seweryn. Osiecka chciała iść do więzienia za Michnika. Załatwiałem więźniom lepsze warunki, leczenie itd.
Próbowaliśmy dotrzeć do Wałęsy, ale on długo żył z głową w chmurach. Ociągał się. Ciągle myślał, że "Solidarność" ma 10 milionów. Podpowiadali mu, że żeby przycisnąć czerwonego do muru, muszą zrobić strajki.
No i wybuchły w 1988, najpierw w maju, a potem w sierpniu. Ale to był nikły procent załóg. Bujak pojechał do Ursusa, skąd się przecież wywodził, ale nie chcieli go słuchać. Widać było, że ludzie mają dość walki. My czuliśmy, że jesteśmy silni, a "Solidarność" słaba.
Wtedy, 21 lipca '88, skontaktowałem się z Wałęsą i on się zgodził na spotkanie. [Odbyło się 31 sierpnia 1988 r.]. 25-26 sierpnia w Biurze Politycznym zapadła oficjalna decyzja o podjęciu rozmów. Wcześniej w jakimś przemówieniu Jaruzelski użył słów "okrągły stół". Zostałem do nich wyznaczony. Mógł być jeszcze Rakowski, też byłby dobry, ale on wywoływał u opozycjonistów drgawki po swoich występach m.in. w Stoczni Gdańskiej [w 1983 r. Rakowski pojechał do stoczni i aroganckim wystąpieniem wywołał awanturę]. Opozycja wiedziała, że MSW to nie tylko policja, ale że uprawia politykę. Tak napisał wtedy Jan Lityński w artykule w podziemnym "Tygodniku Mazowsze".
Co chcieliście w tym rozmowach osiągnąć? Jak daleko sięgał horyzont waszej wyobraźni?
- Na pewno nie chcieliśmy oddać władzy. Sądziliśmy, że jeszcze cztery lata porządzimy do kolejnych, już wolnych wyborów. Chcieliśmy wciągnąć opozycję do współrządzenia i współodpowiedzialności za kraj.
Mieliśmy się posunąć trochę na ławce, żeby się nauczyli rządzenia. Gwarancje rządzenia dla nas polegały na tym, że opozycja miała mieć 35 proc. miejsc w Sejmie, a my 65. A za cztery lata wolne wybory.
Wyłożyłem to wszystko Wałęsie i ks. Orszulikowi już 31 sierpnia 1988 r. Wałęsa był zaszokowany. Sam domagał się relegalizacji "Solidarności". Mówiłem mu, że my nie możemy tak od razu. Mamy 2,5 miliona członków partii, których przez ileś lat judziliśmy przeciw wam. Musimy ich przygotować na ten krok. To samo w MON, MSW i jeszcze OPZZ. Potrzebuję na to tygodni, a może i miesięcy. Ale czułem, że Wałęsa mi nie wierzy.
16 września była Magdalenka - i od razu zator. Nalegają na wzmiankę o przywróceniu "Solidarności" w komunikacie. Wziąłem do pokoju na piętrze Wałęsę i Mazowieckiego i mówię im: "Dajemy wam bardzo dużo i dużo tracicie, upierając się. Zaraz odchodzi premier Messner, na jego miejsce przyjdzie Rakowski i ja nie wiem, jak on się zachowa. Oni to pierwsi ode mnie usłyszeli, nikt tego jeszcze nie wiedział. W końcu Wałęsa przekonał swoich do tego, żeby w komunikacie z rozmów nie było wzmianki o "Solidarności".
Przychodzi Rakowski i od razu rozwiązuje Stocznię Gdańską.
- Nic o tym nie wiedziałem. Nie wiem, czy wiedział Jaruzelski, ale chyba tak. To było szaleństwo! Jak można w ten sposób likwidować kolebkę "Solidarności"?! Ekonomicznie to może było uzasadnione, ale było tyle innych zakładów deficytowych, czemu zaczynać od tego? Rozpętała się burza. Rakowski był okropnie ambitny. Zaczął mówić o stole suto nakrytym, a nie okrągłym. [Premier Rakowski podjął próbę ratowania walącej się gospodarki, której symbolem były puste półki w sklepach, i zakładał, że jeśli mu się uda, zbędne będzie porozumienie z opozycją]. W jakimś wywiadzie powiedział, że nie będzie żadnej relegalizacji "Solidarności". Głupoty robił. Rozmawiałem z Jaruzelskim o Rakowskim. On mi przyznawał rację, ale potem nic z tym nie robił.
W drugiej połowie listopada było spotkanie na plebanii w Wilanowie. Znowu ten upór maniacki przy "Solidarności". Ja, że to przyjdzie, ale jeszcze nie teraz. Wkurzyłem się, wstałem i mówię: "No to kończymy". Wtedy Gocłowski pogroził paluchem - jak przerwiecie, to wam ludzie nie wybaczą. I zgodzili się na komunikat bez "Solidarności".
Jak w końcu pokonaliście opór betonu wobec rokowań z opozycją?
- W grudniu zaczęliśmy przygotowywać plenum KC. Wiedziałem, że będzie ostra krytyka naszej ekipy. Była cała grupa, która agitowała przeciw nam. Bali się już utraty władzy. Nie będę mówił po nazwiskach
- No nie chcę.
Ci sami co zawsze? Milewski?
- Milewski już się nie liczył.
Kociołek?
- No tak, m.in. Kociołek. Zebraliśmy się - Jaruzelski, Siwicki i ja - i zdecydowaliśmy, że zaszachujemy plenum naszą dymisją. Widzieliśmy, że z Moskwy wieją lepsze wiatry, ale wiedzieliśmy też, że pozycja Gorbaczowa jest słaba. W 1987 byłem w Moskwie. Odbyło się przyjęcie i tam gen. Czebrikow, szef KGB, wznosi toast za Polskę i gen. Jaruzelskiego. No to i ja musiałem wznieść i wzniosłem za Gorbaczowa. Nikt nie wstał i nie wypił
Kiedy na plenum wróciliśmy na salę, Jaruzelski wystąpił i w naszym imieniu, tzn. Siwickiego, Rakowskiego i moim, złożył dymisję. Potem wyszliśmy z sali, a razem z nami Ciosek, Barcikowski i jeszcze kilka osób. Obrady przejął Jabłoński i siedzieli prawie do rana. Kiedy zarządzili głosowanie, wygraliśmy. Przestraszyli się, że bez nas, bez MON i MSW, nie uciągną. No i poszły konie po betonie.
Na ostatnim spotkaniu z opozycją przed Okrągłym Stołem zaproponowałem jeszcze włączenie ludzi z AK. Np. prof. Gieysztora. Wałęsa był nieufny, ale zaproponowali prof. Findeisena. I oni zostali współprzewodniczącymi obrad plenarnych. Chciałem jeszcze, żeby Wałęsa włączył radykalną opozycję, jak KPN, Solidarność Walczącą, Jurczyka czy Gwiazdę. Ale Wałęsa nie chciał.
A nie miał racji? Jeszcze trudniej byłoby się dogadać.
- Zależy. Punkt widzenia zależy on punktu siedzenia. Jakby oni byli przy stole, to nie mogliby go później tak kontestować. Może uniknęlibyśmy późniejszych i dzisiejszych awantur. Tych ataków na Wałęsę, że agent.
Ja do Wałęsy nabożeństwa nie mam. Ale tego, co zrobił w 1980 r., tj. powiedział władzy nie, nikt mu nie odbierze. Zostanie na cokole. On się wcielił w człowieka rewolucji. Mówił ludziom to, co chcieli usłyszeć. Chcecie rzeki? Zbudujemy wam rzekę. Bezbłędnie odczytywał ludzkie potrzeby. Wygadywał głupoty, ale była w nim wielkość.
Wróćmy do Stołu.
- Stół po tamtej stronie rozegrał Geremek. To był wytrawny gracz i świetny rozmówca.
Co było przełomem? Wolny Senat chyba.
Wszystko się skomplikowało po Okrągłym Stole. W czasie kampanii wyborczej zacząłem się bać porażki. Bo znałem nastroje w Polsce. Chciałem koniecznie, żebyśmy wytrzymali jeszcze cztery lata. Nie wierzyłem Czarzastemu, który odpowiadał za kampanię wyborczą PZPR. Ostrzegałem Jaruzelskiego, że niedobry wynik odbije się na postawie sojuszników z SD i ZSL. Ani przez moment nie zakładaliśmy oddania władzy.
Potem była sprawa prezydentury Jaruzelskiego. Przeciw niemu był duży opór w OKP [Obywatelski Klub Parlamentarny skupiających posłów i senatorów wybranych z listy Wałęsy]. Wywlekali mu, że nie złożył kwiatów na grobie gen. Andersa pod Monte Cassino, kiedy był z wizytą we Włoszech. Jaruzelski wezwał mnie na rozmowę i powiedział: "Zostaniesz prezydentem".
Ja mu na to: "W żadnym razie. Nie nadaję się, jestem ze służb specjalnych, gdzie przepracowałem całe życie". Namawiałem go, wykrakałem mu, że zostanie prezydentem jednym głosem. On nie chciał tak. Mówiłem mu, że to nieważne iloma głosami, w piłce wygrywa się 1:0 i przechodzi się dalej. Ale to on się uparł i zaproponował moją kandydaturę na Biurze Politycznym. Zażądałem od niego tego na piśmie, żeby potem nie było, że jestem hultaj, co kopie pod Jaruzelskim. On mi napisał i z tym glejtem jeździłem do Wałęsy i Gocłowskiego dwa razy do Gdańska. Wałęsa mnie popierał.
Jeszcze przed wyborami prezydenta przyjechał prezydent George Bush senior. Na przyjęciu poprosiłem Busha, żeby namawiał Jaruzelskiego do kandydowania. Była konsternacja. Potem w toaście sekretarz ds. bezpieczeństwa narodowego Brent Scowcroft zwrócił się do Jaruzelskiego jako do "prezydenta Polski". To było silne poparcie.
Była jeszcze konferencja w Bukareszcie z sojusznikami z Układu Warszawskiego. Tam Jaruzelski przedstawił mnie jako kandydata na prezydenta. Ale Gorbaczow i inni poparli Jaruzelskiego.
- Kiedy Jaruzelski został prezydentem, zaproponował mi premierostwo. Znowu nie chciałem. Proponowałem ludziom z OKP stanowiska. Wymigiwali się, że muszą z szefem porozmawiać. A w końcu Geremek powiedział mi: "Nie możemy pana poprzeć".
Potem szefowie SD i ZSL sfotografowali się z Wałęsą i kandydatem został Mazowiecki. I bardzo mnie namawiał, że muszę być w jego rządzie wicepremierem i szefem MSW. Nie chciałem. Uważałem, że trzeba zmienić jakość polityki. Wtedy Jaruzelski nazwał mnie dezerterem.
Najnowsze: